Amika poczuła, że leży na czymś miękkim i otulona delikatnym materiałem. Coś jej nie pasowało, ale tłumaczyła to sobie złym snem. Przecież to że uciekła z zamku, że dowodziła grupą zwyrodnialców, i na dodatek ten dziwny atak. Takie rzeczy się w życiu nie zdarzają. Czekała teraz, na świeży zapach chleba z dżemem z jarzębiny i jagód, oraz delikatny głos Eriela, mówiący "Wstawaj nasza gwiazdeczko, nie śpijmy do obiadu". Jednak nic się nie działo, otworzyła oczy... To nie była jej sypialnia. Leżała w wielkim łożu w ogromnej sali utrzymanej w zestawieniu kolorów czerwieni i czerni. Była całkowicie zaskoczona, co się dzieje, to nie jest mój dom. Wyjrzała przez okno, zamiast zobaczyć lasy, słońce odbijające się w kroplach rosy na drzewach ujrzała wioseczkę otoczoną bezdrzewną równiną. W myślach zadała sobie pytanie "Gdzie jestem?". Zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu, na skrzyni przy łóżku leżała sukienka czerwono-czarna, to było trochę dziwne. Rozejrzała się jeszcze raz, nikogo nie było w pomieszczeniu, ściągnęła biała koszulę (nie wiadomo jak się na niej znalazła) i założyła przygotowaną przez kogoś suknię. Pasowała idealnie, i była niesamowita, prawie ie czuło się jej na sobie. Mimo, że sprawiała wrażenie naprawdę ciężkiej, była leciutka jak piórko. Teraz tylko trzeba znaleźć coś lub kogoś kto pomoże jej się odnaleźć w całej sytuacji. Wyszła z sypialni. weszła w ciemny korytarz, i pomimo mnóstwa świec i delikatnych materiałów na ścianach, wydawał się złym i strasznym miejscem. Korytarz był długi, ale nie było żadnych drzwi, szło się i szło cały czas prosto, gdy nagle znalazła wielkie brązowo, rzeźbione w drewnie drzwi. Ukazane na nich sceny były dość niezwykłe. Ukazane były wszystkie żywioły jednak związane łańcuchami, które były połączone z kluczem. Poniżej był wyryty napis "Gwiazda obudzi wszystkich". Niezbyt sensowne i nie zaba rdzo dopasowane do otoczenia.
Amika pchnęła drzwi, musiała sobie trochę pomóc nogą. Jej oczom ukazała się wielka sala, zapewne balowa. Pod ścianami stały wielkie stoły, jednak nie nakryte. Nad samym środkiem sali wisiał wielki żyrandol z świec w kształcie tańczących nimf. Na podłodze pod widowiskowym żyrandolem leżało pudełeczko, Amika podeszła i wzięła je w ręce. W pudełku znajdował się naszyjnik z kamieniami wprost wyglądającymi jak najprawdziwsze płomyki.
- I jak ci się podoba Gwiazdko?
Erie? Tylko on tak się do mnie zwracał, ale co on tu do licha robi?
-Eriel? Gdzie jesteś? Gdzie My jesteśmy?
-Nie wiem kim jest ten twój Eriel moja księżniczko, ale powiem ci, że jesteśmy w Samalow, na zamku królewskim.
Na jednym z końców sali coś się poruszyło, jakaś postać stała pod ścianą.
- Kim jesteś i co ja tu robię?!
- Naszyjnik pasuje ci do oczu i włosów, był bym zadowolony gdybyś go założyła.
Amika zerknęła na naszyjnik, to nie były kamyki w kształcie płomyków, to były najprawdziwsze płomyki zamknięte w szkle, ale jak? I dlaczego nie odpowiedział na pytanie
- KIM JESTEŚ?
- Wkrótce się dowiesz. a teraz się rozgość, nasze miasteczko jest bardzo atrakcyjne, a kupić możesz sobie wszystko co zechcesz pieniądze znajdziesz w swojej sypialni
W miejscu gdzie znajdywała się postać nastała pustka i cisza. Amika usiadła na podłodze i patrząc się na naszyjnik zastanawiała się co się dzieje, pogubiła się całkowicie.
środa, 28 lipca 2010
piątek, 16 kwietnia 2010
Rozdział VI - Czarne kwiaty
-Nie podoba mi się ta cała wyprawa.
Rzekł Elf jadący za Amiką
- Czyżby wielki i nieustraszony Eriell się bał, chyba słysze jak się trzęsiesz kolanami.
Dziewczyna wyszczerzyła się złośliwie
- Jak chcesz możesz wrócić, dla nas to nawet będzie lepiej
- Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz
- Jeszcze zobaczymy...
Nastała cisza jedynie było słychać stęp koni, szum liści i śpiew ptaków, który stawał się cichszy. Amika czuła, że coś jest już nie daleko, a może są już u celu. Ptaki ucichły.
- Chłopaki tu zostawiamy konie, Eriell się nimi zajmie do naszego powrotu
- Ale ja idę z wami!
- A kto tak powiedział? Pozwoliłam ci jedynie z nami jechać, a teraz zajmij się końmi. My za chwilę wrócimy.
Elf skłonił jedynie głowę i odszedł
- Pani nie jesteś dla niego, no powiedzmy trochę za szorstka?
Spytał Askavar.
- Z nim tak trzeba!
Warknęła i poszła na skraj lasu. Rozciągała się tu duża polana pełna czarnych kwiatów, nie dało się czuć wiatru, panowała całkowita cisza. Zaraz się zacznie. jeszcze tylko odwróciła się i zobaczyła swoją bandę, byli gotowi pójść za nią nawet na śmierć. Ale czy warto?
- Ja pójdę pierwsza wy zaraz za mną. I pamiętajcie rozglądajcie się we wszystkie strony nawet w niebo!
Szli po woli, rozglądając się, ale nic się nie działo. Nagle krzyk jednego z towarzyszy przerwał ciszę.
Ale gdy wszyscy się odwrócili w stronę dźwięku, byli zaskoczeni, patrzyli w pustą przestrzeń.
- Kto znikł? Szybko!
Wszyscy się rozejrzeli
- Imara brakuje!
- Cholera, więc to tak! Wycofujemy się! Musimy uciekać jak najdalej! UCIEKAJCIE!
Ciemne postacie pojawiały się znikąd, łapały tego kto był najbliżej i znikały
*
- Zostań tutaj! Co ona se myśli, że jestem jakimś koniuchem. Jednak nadal jest rozpieszczoną księżniczką, ale wyładniała, to mogę przyznać. No ale ostatnio jak ją widziałem to była dziewczynką biegającą z lalkami, a od tego czasu trochę minęło.
Eriell uśmiechnął się do swoich myśli. nagle ci co zdążyli uciec z polany wskakiwali na konie i uciekali. Elf nie wiedział co się dzieje, jedynie domyślał, że coś naprawdę złego. Złapał krasnoluda, który koło niego przebiegał i jednym zwinnym ruchem przysunął do twarzy.
*
-Kim, a raczej czym jesteście?!
Amika w odpowiedzi usłyszała jedynie szorstki śmiech, jednak jej nie było tak wesoło.cienie pojawiały się przy niej i znikały, bawiły się nią.
- Zostawcie nas w spokoju, nic wam nie zrobiliśmy, odejdźmy w swoje strony w pokoju.
- Nasz pan ma względem ciebie inne plany księżniczko...
Śmiech jak by zaczął się rozmywać, po chwili poczuła uścisk w brzuchu, a polana przed jej oczami zaczęła się rozmywać zapadła ciemność.....
*
-Nie wiem gdzie ona jest. Krzyknęła by uciekać i uciekliśmy, no niektórym się nie udało, a co z nią to nie wiem była w tyle. Wybacz, ale naprawdę nie wiem gdzie ona jest.
Eriell puścił wystraszonego krasnoluda i ruszył w stronę polany.
- Choćby nie wiem co muszę Cię znaleźć i obiecuje, że mi to się uda.....
Rzekł Elf jadący za Amiką
- Czyżby wielki i nieustraszony Eriell się bał, chyba słysze jak się trzęsiesz kolanami.
Dziewczyna wyszczerzyła się złośliwie
- Jak chcesz możesz wrócić, dla nas to nawet będzie lepiej
- Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz
- Jeszcze zobaczymy...
Nastała cisza jedynie było słychać stęp koni, szum liści i śpiew ptaków, który stawał się cichszy. Amika czuła, że coś jest już nie daleko, a może są już u celu. Ptaki ucichły.
- Chłopaki tu zostawiamy konie, Eriell się nimi zajmie do naszego powrotu
- Ale ja idę z wami!
- A kto tak powiedział? Pozwoliłam ci jedynie z nami jechać, a teraz zajmij się końmi. My za chwilę wrócimy.
Elf skłonił jedynie głowę i odszedł
- Pani nie jesteś dla niego, no powiedzmy trochę za szorstka?
Spytał Askavar.
- Z nim tak trzeba!
Warknęła i poszła na skraj lasu. Rozciągała się tu duża polana pełna czarnych kwiatów, nie dało się czuć wiatru, panowała całkowita cisza. Zaraz się zacznie. jeszcze tylko odwróciła się i zobaczyła swoją bandę, byli gotowi pójść za nią nawet na śmierć. Ale czy warto?
- Ja pójdę pierwsza wy zaraz za mną. I pamiętajcie rozglądajcie się we wszystkie strony nawet w niebo!
Szli po woli, rozglądając się, ale nic się nie działo. Nagle krzyk jednego z towarzyszy przerwał ciszę.
Ale gdy wszyscy się odwrócili w stronę dźwięku, byli zaskoczeni, patrzyli w pustą przestrzeń.
- Kto znikł? Szybko!
Wszyscy się rozejrzeli
- Imara brakuje!
- Cholera, więc to tak! Wycofujemy się! Musimy uciekać jak najdalej! UCIEKAJCIE!
Ciemne postacie pojawiały się znikąd, łapały tego kto był najbliżej i znikały
*
- Zostań tutaj! Co ona se myśli, że jestem jakimś koniuchem. Jednak nadal jest rozpieszczoną księżniczką, ale wyładniała, to mogę przyznać. No ale ostatnio jak ją widziałem to była dziewczynką biegającą z lalkami, a od tego czasu trochę minęło.
Eriell uśmiechnął się do swoich myśli. nagle ci co zdążyli uciec z polany wskakiwali na konie i uciekali. Elf nie wiedział co się dzieje, jedynie domyślał, że coś naprawdę złego. Złapał krasnoluda, który koło niego przebiegał i jednym zwinnym ruchem przysunął do twarzy.
*
-Kim, a raczej czym jesteście?!
Amika w odpowiedzi usłyszała jedynie szorstki śmiech, jednak jej nie było tak wesoło.cienie pojawiały się przy niej i znikały, bawiły się nią.
- Zostawcie nas w spokoju, nic wam nie zrobiliśmy, odejdźmy w swoje strony w pokoju.
- Nasz pan ma względem ciebie inne plany księżniczko...
Śmiech jak by zaczął się rozmywać, po chwili poczuła uścisk w brzuchu, a polana przed jej oczami zaczęła się rozmywać zapadła ciemność.....
*
-Nie wiem gdzie ona jest. Krzyknęła by uciekać i uciekliśmy, no niektórym się nie udało, a co z nią to nie wiem była w tyle. Wybacz, ale naprawdę nie wiem gdzie ona jest.
Eriell puścił wystraszonego krasnoluda i ruszył w stronę polany.
- Choćby nie wiem co muszę Cię znaleźć i obiecuje, że mi to się uda.....
środa, 17 marca 2010
Rozdział V - Misja
- Amiko! Jest misja, to znaczy możemy się na coś przydać!
- To znaczy, co to za zadanie?
- Podobno w królestwie niedaleko mają problem z niejakimi stworzeniami, na które mówi się harpie
- HARPIE! Cholera by to!
- Ale dużo dają za pozbycie się ich.
- Dużo mogą dawać, ale ja nie chce poświęcać czyjegoś życia, a to jest droga na pewną śmierć. Powiedz, że muszę się zastanowić czy na nią wyruszymy, a teraz dajcie mi dzień na przemyślenie, dobrze?
- No dobrze.
Centaur wyszedł, młoda dowódczyni została teraz sama.
Czy muszę ich narażać, oni nawet nie wiedzą na co się piszą, zginą zanim zaczną walkę, ale możliwość zarobku ich ciągnie. I co ja mam teraz zrobić.
Położyła się na łóżku i zaczęła machać nogami. W tym momencie usłyszała za sobą głos
- A ty jednak dalej się nie zmieniłaś. Może jak na dorosłą przystało, przestań mieć takie dziecięce odruchy.
Zaskoczona zauważyła Eriella.
- Co ty tu robisz, czy już ci nie wyjaśniłam wszystkiego!
- I co teraz zrobisz? Pójdziesz? Wiesz, że nie macie szans.
- A co ty o tym wiesz! To moja banda i nie obchodzi mnie nic innego niż oni!
- I w tym przypadku też się nie zmieniłaś, zawsze lubiłaś opiekować się innymi. Jesteś naprawdę słodka.
- Co ty se wyobrażasz?! Myślisz, że kim ty jesteś?!
- Hmmm.... Pomyślmy... Ostatnio byłem elfem,i wydaje mi się, że nim nadal jestem. Ale przy tobie straciłem tą pewność.
- To nie jest śmieszne, i wiesz co ci powiem, powoli zaczynasz mnie bardzo irytować.
w tym momencie chłopak popchnął Amikę na łóżko i się na niej położył. Tego było za wiele.
- A teraz co zrobisz? Potrafisz się obronić?
W pewnym sensie miał rację, nie dość że jest silniejszy to ona nie ma pod ręką nic czym mogła by się posłużyć, by się uwolnić. Po policzkach popłynęły łzy, objęła Eriella i przytuliła.
- I znów okazałam się słaba i beznadziejna.
- I tak jak zawsze płaczesz z byle powodu. Naprawdę nic a nic się nie zmieniłaś.
Otarł jej łzy. Po czym wstał i się rozejrzał po namiocie.
- No to gdzie ja będę spał? Zrobiła byś kiedyś tu porządek. A może to sugestia bym spał z Tobą?
Niebezpiecznie się zbliżył i wzrokiem starego erotomana zmierzył dziewczynę.
- Ty stary zboku. Tylko dla tego tu jesteś? Ty perwercie.
Wielka poducha z hukiem zatrzymała się na głowie chłopaka. I rozpoczęła się wielka bitwa na poduszki.
Zmęczeni po godzinnej walce bez jakiegokolwiek wyniku opadli na podłogę.
- Co teraz postanowisz? Zaryzykujesz życie i ludzi dla pieniędzy?
- Nie chodzi o to, że nie tylko my korzystamy, wyobraź sobie co teraz przeżywają tam mieszkańcy. Oni tam giną bez powodu i bez względu czy to dziecko, kobieta, mężczyzna. Nie ważne co ze mną ja chce im pomóc.
- Poświęcasz się dla innych, a jeśli to nic nie da? Co jeśli zginiesz, a to co się dzieje dalej będzie trwało?
- Gdybym tak wiecznie miała wątpliwości, to do niczego bym nie doszła, była bym zwykłą księżniczką, bez celu i charakteru.
- A teraz jesteś szczęśliwa?
Zapadła cisza, Amika zerwała się na nogi i wybiegła.
- Jutro ruszamy! Jadą ci, którym życie niemiłe! Reszta robi co chce! Nie ma obowiązku!
Wróciła do namiotu
-Zostajesz tutaj, moi ludzie na mój rozkaz ugoszczą cie jak króla, czy też jedziesz ze mną, ale wiesz co może się stać. Wybór jest twój.
- Znasz moją odpowiedź. Nie mogę cię zostawić bez opieki, nie ma takiej opcji. Jadę!
- To teraz czekamy na chętnych. I nie śpisz ze mną, tylko na podłodze.
Pokazała mu język.
- A jak zmarznę, to co?
- W skrzyni znajdziesz dodatkowe koce, i nie próbuj sztuczek bo pożałujesz.
Uśmiechnęła się chytrze.
- To znaczy, co to za zadanie?
- Podobno w królestwie niedaleko mają problem z niejakimi stworzeniami, na które mówi się harpie
- HARPIE! Cholera by to!
- Ale dużo dają za pozbycie się ich.
- Dużo mogą dawać, ale ja nie chce poświęcać czyjegoś życia, a to jest droga na pewną śmierć. Powiedz, że muszę się zastanowić czy na nią wyruszymy, a teraz dajcie mi dzień na przemyślenie, dobrze?
- No dobrze.
Centaur wyszedł, młoda dowódczyni została teraz sama.
Czy muszę ich narażać, oni nawet nie wiedzą na co się piszą, zginą zanim zaczną walkę, ale możliwość zarobku ich ciągnie. I co ja mam teraz zrobić.
Położyła się na łóżku i zaczęła machać nogami. W tym momencie usłyszała za sobą głos
- A ty jednak dalej się nie zmieniłaś. Może jak na dorosłą przystało, przestań mieć takie dziecięce odruchy.
Zaskoczona zauważyła Eriella.
- Co ty tu robisz, czy już ci nie wyjaśniłam wszystkiego!
- I co teraz zrobisz? Pójdziesz? Wiesz, że nie macie szans.
- A co ty o tym wiesz! To moja banda i nie obchodzi mnie nic innego niż oni!
- I w tym przypadku też się nie zmieniłaś, zawsze lubiłaś opiekować się innymi. Jesteś naprawdę słodka.
- Co ty se wyobrażasz?! Myślisz, że kim ty jesteś?!
- Hmmm.... Pomyślmy... Ostatnio byłem elfem,i wydaje mi się, że nim nadal jestem. Ale przy tobie straciłem tą pewność.
- To nie jest śmieszne, i wiesz co ci powiem, powoli zaczynasz mnie bardzo irytować.
w tym momencie chłopak popchnął Amikę na łóżko i się na niej położył. Tego było za wiele.
- A teraz co zrobisz? Potrafisz się obronić?
W pewnym sensie miał rację, nie dość że jest silniejszy to ona nie ma pod ręką nic czym mogła by się posłużyć, by się uwolnić. Po policzkach popłynęły łzy, objęła Eriella i przytuliła.
- I znów okazałam się słaba i beznadziejna.
- I tak jak zawsze płaczesz z byle powodu. Naprawdę nic a nic się nie zmieniłaś.
Otarł jej łzy. Po czym wstał i się rozejrzał po namiocie.
- No to gdzie ja będę spał? Zrobiła byś kiedyś tu porządek. A może to sugestia bym spał z Tobą?
Niebezpiecznie się zbliżył i wzrokiem starego erotomana zmierzył dziewczynę.
- Ty stary zboku. Tylko dla tego tu jesteś? Ty perwercie.
Wielka poducha z hukiem zatrzymała się na głowie chłopaka. I rozpoczęła się wielka bitwa na poduszki.
Zmęczeni po godzinnej walce bez jakiegokolwiek wyniku opadli na podłogę.
- Co teraz postanowisz? Zaryzykujesz życie i ludzi dla pieniędzy?
- Nie chodzi o to, że nie tylko my korzystamy, wyobraź sobie co teraz przeżywają tam mieszkańcy. Oni tam giną bez powodu i bez względu czy to dziecko, kobieta, mężczyzna. Nie ważne co ze mną ja chce im pomóc.
- Poświęcasz się dla innych, a jeśli to nic nie da? Co jeśli zginiesz, a to co się dzieje dalej będzie trwało?
- Gdybym tak wiecznie miała wątpliwości, to do niczego bym nie doszła, była bym zwykłą księżniczką, bez celu i charakteru.
- A teraz jesteś szczęśliwa?
Zapadła cisza, Amika zerwała się na nogi i wybiegła.
- Jutro ruszamy! Jadą ci, którym życie niemiłe! Reszta robi co chce! Nie ma obowiązku!
Wróciła do namiotu
-Zostajesz tutaj, moi ludzie na mój rozkaz ugoszczą cie jak króla, czy też jedziesz ze mną, ale wiesz co może się stać. Wybór jest twój.
- Znasz moją odpowiedź. Nie mogę cię zostawić bez opieki, nie ma takiej opcji. Jadę!
- To teraz czekamy na chętnych. I nie śpisz ze mną, tylko na podłodze.
Pokazała mu język.
- A jak zmarznę, to co?
- W skrzyni znajdziesz dodatkowe koce, i nie próbuj sztuczek bo pożałujesz.
Uśmiechnęła się chytrze.
środa, 3 marca 2010
Rozdział IV - Intruz
W obozie dogasały ogniska, przy bramie (zapewne na warcie) spał pijany centaur. Amika po cichu minęła go prowadząc konia i weszła do obozowiska, nie miała ochoty nawet krzyczeć na bandę za to, że się mnie potrafią ogarnąć. Jak by nigdy nic weszła do namiotu i poszła spać. O świcie gdy banda zauważyła konia szefowej od razu rzucili się do sprzątania, jednak Amika nie wyszła z namiotu przez kolejne 3 dni. Zaniepokojona banda w końcu wysłała do namiotu Askavara, gdy ten wszedł do środka znalazł przywódczynie zwiniętą w kłębek w kącie.
-Pani co się stało?
-A to ty Askavar. Nie nic się nie stało, zaraz wyjdę, tak tylko się zasiedziałam...
-Pani "zasiedziałaś" się 3 dni....
-Naprawdę?! No cóż tak bywa
Z wysiłkiem utworzyła radosny wyraz twarzy, i jednym zwinnym ruchem wstała
-Chodźmy, nie każmy im dłużej siedzieć w niepewności...
Wyszli z namiotu, cała banda stała i czekała by się dowiedzieć co jest grane.
-Przepraszam miśki za moją nieobecność.... Małe komplikacje były. Ale jest już w porządku, mam nadzieje, że nie zjedliście całych zapasów żywności i być może ktoś coś słyszał by była potrzebna pomoc...
Nastała cisza, słychać było przyspieszone bicia kilkudziesięciu serc, szum opadającego liścia i czyjś ściszony oddech, ktoś ich obserwował. Amika zamknęła oczy, szukałą teraz dźwięku, który ją zaniepokoił. Czyżby jakiś szpieg?! Znalazła siedział ukryty w gałęziach drzewa na obrzeżu obozu. Ale co teraz mam zrobić?! Oczy bandy padały na nią pytająco. Czemu ucichła? I po co zamyka oczy? Jeden ruch i znikła.
-Jeden fałszywy ruch, a zginiesz!
Przyłożyła sai'e do pleców obcego, oczy bandy podążyły za krzykiem, jednak nie mogły znaleźć tego czego szukały.
-Kim jesteś? I czego tu szukasz?
Obcy w tym momencie spróbował wytrącić broń z rąk przeciwnika, lecz skończyło się na tym że wylądowała na ziemi, a Amika na nim przykładając teraz ostrza do jego szyi. Po chwili ta jednak odskoczyła od obcego. Białowłosy elf podniósł się z ziemi.
-Eriell czy ty naprawdę tak szybko chcesz umrzeć? Czego tu szukasz?
-No cóż na początek powiem cześć. A co do "Czego tu szukasz" to muszę powiedzieć, że ciebie.
-A po co jeśli można wiedzieć?
-No cóż ostatni rozkaz twego ojca, mam cię chronić.
Z tymi słowami dziewczyna zesztywniała. Znała to uczucie, smutek mieszany ze wściekłością, nie chce by ktoś znów łamał obietnice.
-To raczej był twój obowiązek, a nie rozkaz. Czyż nie urodziłeś się by mnie chronić. Ale okazało się, że ja nie chce być chroniona przez ciebie, jak widzisz radze sobie doskonale. Możesz wracać!
-Amika zrozum, zależy mi by nic się nie stało.
-Ale mi nic nie grozi! Jest mi dobrze i sobie radze. A teraz WYNOŚ SIĘ!
Eriell popatrzył jeszcze raz na Amikę próbując zrozumieć jej postępowanie, wiedział jedno, jak znajdzie jej motyw ucieczki, znajdzie odpowiedzi wszelkich pytań
-Pani co się stało?
-A to ty Askavar. Nie nic się nie stało, zaraz wyjdę, tak tylko się zasiedziałam...
-Pani "zasiedziałaś" się 3 dni....
-Naprawdę?! No cóż tak bywa
Z wysiłkiem utworzyła radosny wyraz twarzy, i jednym zwinnym ruchem wstała
-Chodźmy, nie każmy im dłużej siedzieć w niepewności...
Wyszli z namiotu, cała banda stała i czekała by się dowiedzieć co jest grane.
-Przepraszam miśki za moją nieobecność.... Małe komplikacje były. Ale jest już w porządku, mam nadzieje, że nie zjedliście całych zapasów żywności i być może ktoś coś słyszał by była potrzebna pomoc...
Nastała cisza, słychać było przyspieszone bicia kilkudziesięciu serc, szum opadającego liścia i czyjś ściszony oddech, ktoś ich obserwował. Amika zamknęła oczy, szukałą teraz dźwięku, który ją zaniepokoił. Czyżby jakiś szpieg?! Znalazła siedział ukryty w gałęziach drzewa na obrzeżu obozu. Ale co teraz mam zrobić?! Oczy bandy padały na nią pytająco. Czemu ucichła? I po co zamyka oczy? Jeden ruch i znikła.
-Jeden fałszywy ruch, a zginiesz!
Przyłożyła sai'e do pleców obcego, oczy bandy podążyły za krzykiem, jednak nie mogły znaleźć tego czego szukały.
-Kim jesteś? I czego tu szukasz?
Obcy w tym momencie spróbował wytrącić broń z rąk przeciwnika, lecz skończyło się na tym że wylądowała na ziemi, a Amika na nim przykładając teraz ostrza do jego szyi. Po chwili ta jednak odskoczyła od obcego. Białowłosy elf podniósł się z ziemi.
-Eriell czy ty naprawdę tak szybko chcesz umrzeć? Czego tu szukasz?
-No cóż na początek powiem cześć. A co do "Czego tu szukasz" to muszę powiedzieć, że ciebie.
-A po co jeśli można wiedzieć?
-No cóż ostatni rozkaz twego ojca, mam cię chronić.
Z tymi słowami dziewczyna zesztywniała. Znała to uczucie, smutek mieszany ze wściekłością, nie chce by ktoś znów łamał obietnice.
-To raczej był twój obowiązek, a nie rozkaz. Czyż nie urodziłeś się by mnie chronić. Ale okazało się, że ja nie chce być chroniona przez ciebie, jak widzisz radze sobie doskonale. Możesz wracać!
-Amika zrozum, zależy mi by nic się nie stało.
-Ale mi nic nie grozi! Jest mi dobrze i sobie radze. A teraz WYNOŚ SIĘ!
Eriell popatrzył jeszcze raz na Amikę próbując zrozumieć jej postępowanie, wiedział jedno, jak znajdzie jej motyw ucieczki, znajdzie odpowiedzi wszelkich pytań
sobota, 13 lutego 2010
Rozdział III - Zamek Elfów
-Askavar!
Z namiotu po środku obozu unosiły się co chwila jakieś huki. Drobna postać zwinnie weszła do siedziby dowódczyni, którą każdy dziś omijał z daleka. Wewnątrz wszystko było poprzewracane i wyrzucone na środek.
-Pani. Wzywałaś?
-Tak! Dziś to ty się zajmiesz naszymi misiaczkami, ja będę musiała coś załatwić i może mnie trochę nie być. Na czas mojej nieobecności to ty tu rządzisz.
-Dokąd się wybierasz? Nie możemy iść z tobą?
-Wy musicie zostać, to tylko taka moja drobna sprawa. Dobra spakowałam się, posprzątałam to czas oznajmić zmianę władzy
Razem wyszli z namiotu. Oczy całej bandy padły na postać dziewczyny.
-Miśki! Opuszczam was na trochu, ale nie zostawiam bez nadzoru, Askavar bierze nad wami piecze na czas mojej nieobecności. Bawcie się dobrze, i jak coś to zostawiam wam trochę alkoholu, wasz nowy szef wie gdzie. I nie rozrabiajcie zbytnio.
Założyła torbę na ramię i podbiegła do swojego konia, jednym susem wskoczyła w siodło i ruszyła zaskoczoną bandę. Pytający wzrok padł na towarzysza, który teraz nimi dowodził.
-Na mnie nie patrzcie, ja wiem tyle co wy.
Krasnoludy spojrzały po sobie i i z uśmiechem zwróciły się do wodza tymczasowego
-Dawaj ten bimber bracie
***
-Dlaczego teraz? Czemu on? Czyżby chodziło o to by mnie ściągnąć do Zamku Elfów. Nawet jeśli dostanę się tam niezauważona, to mogę nie wyjść. Ale może ojciec naprawdę umiera, lustro by mnie nie okłamało. Czemu po chwilach szczęścia następuje smutek. Ledwo wczoraj jeszcze oglądałam szczęście towarzysza, który wrócił do domu, radość na twarzy jego żony. Gdy podziękowała poczułam się wspaniale, wiedząc, że to dzięki mnie są szczęśliwi. A po powrocie w lustrze zobaczyłam, że mój ojciec umiera.
Łzy ciekły dziewczynie po policzkach, poganiała konia mimo iż wiedziała, że szybciej biec nie będzie. Nie zbliżała się do miast, jedynie jechała przez łąki i lasy, cały czas na wschód. Bez żadnych postojów...
Słońce dopiero co zaszło, ale wiedziała, że jest na miejscu. Białe wieże zamku błyszczały jak gwiazdy. Zamek Elfów, dużo minęło od kiedy uciekła, będzie z 700 lat, ale dla elfów to jak nic.
Zostawiła konia na skraju lasu. Przeskoczyła mur, gdy strażnik wszedł do wieży strażniczej, przebiegła przez dziedziniec i wpadła do ogrodu, jedynie została wspinaczka, ale kilka sekund i była na miejscu. Na środku wielkiej stało wielkie łoże, a w nim starszy i zmęczony człowiek, z siwymi włosami i spiczastymi uszami, ciężko oddychał. Dziewczyna nie powstrzymała się.
-Tatusiu!
Rzuciła się ze łzami na kolana przy łożu ojca.
-Kochanie?! To ty córuś?!
-Tak tatko
-Czyli już umarłem, nawet nie bolało
Spróbował się zaśmiać
-Nie umarłeś, przybyłam do zamku najszybciej jak się dało
-Ale ty uciekłaś
-Tak, ale wróciłam.
-Dziękuje, ale dużo mi już nie zostało, lada moment odpłynę na drugi brzeg Kari i to ty zasiądziesz na tronie.
-Ale ja nie mogę! Ja nie chce! Nie mogę zostać królową
-Kochanie urodziłaś się z królewską krwią, jesteś jedynym dziedzicem, to twój los.
Do sali nagle wpadł blond włosy elf w zbroi
-Panie mamy intru...
W tym samym momencie zauważył postać przy łóżku i zatrzymał się w bezruchu.
-No jak zwykle ty wiesz, kiedy wpaść niepotrzebnie i przerwać rozmowę ojca i córki
Dziewczyna mówiąc to przewróciła oczami.
-A... A... Amika?!
-Nie płatny morderca umierających ludzi. Jasne, że ja! A teraz bądź tak łaskaw i wyjdź stąd jak byś w ogóle nie wszedł, i pamiętaj mnie tu nie ma!
-Oj ekh... Nie kłóćcie się gołąbki, a ty skarbie, trochę grzeczniej do swego rycerza, jak na księżniczkę przystało
-Ahahaha. On jest dla mnie nikim. A jestem tu tylko ze względu na ciebie, a nie by dzierżyć berło.
Spojrzała krzywo na Eriella. Patrzyła by tak chyba wieczność myśląc, że wzrokiem można zabić. Z transu wyrwał ją duszący kaszel ojca i dziwne dźwięki za drzwiami.
-Żegnaj ojcze!
Po policzkach znów popłynęły łzy, wybiegła z sali i skoczyła z balkonu nim zauważyli. Jeszcze tylko usłyszała zapłakany głos matki.
W sypialni króla zapanowała cisza, władca elfów już ledwo się poruszał, jednak ostatkiem sił uniósł rękę i jednym zgrabnym ruchem przywołał Eriella do siebie. Dostał on ostatni rozkaz od króla.
-Nie pozwól jej pozostać samej...
I w tym momencie wszystkie świece na zamku zgasły
-Żegnaj...
Amika wiedziała, jej ojciec odszedł. Pobiegła z powrotem do murów. Jednak minione wydarzenia wytrąciły ją z równowagi, została przyuważona przez strażników. Krzyki o intruzie na zamku rozeszły się szybko. Strzały latały wokół dziewczyny, jednak żadna nie dała rady jej trafić. Wskoczyła zwinnie na mur, obezwładniła strażnika, który próbował zajść ją od tyłu. Zeskoczyła i pobiegła w stronę lasu. Jednym ruchem wsiadła na konia i ruszyła przed siebie, jeszcze chwilę słyszała strzały i krzyki. Wszystko ucichło.
Z namiotu po środku obozu unosiły się co chwila jakieś huki. Drobna postać zwinnie weszła do siedziby dowódczyni, którą każdy dziś omijał z daleka. Wewnątrz wszystko było poprzewracane i wyrzucone na środek.
-Pani. Wzywałaś?
-Tak! Dziś to ty się zajmiesz naszymi misiaczkami, ja będę musiała coś załatwić i może mnie trochę nie być. Na czas mojej nieobecności to ty tu rządzisz.
-Dokąd się wybierasz? Nie możemy iść z tobą?
-Wy musicie zostać, to tylko taka moja drobna sprawa. Dobra spakowałam się, posprzątałam to czas oznajmić zmianę władzy
Razem wyszli z namiotu. Oczy całej bandy padły na postać dziewczyny.
-Miśki! Opuszczam was na trochu, ale nie zostawiam bez nadzoru, Askavar bierze nad wami piecze na czas mojej nieobecności. Bawcie się dobrze, i jak coś to zostawiam wam trochę alkoholu, wasz nowy szef wie gdzie. I nie rozrabiajcie zbytnio.
Założyła torbę na ramię i podbiegła do swojego konia, jednym susem wskoczyła w siodło i ruszyła zaskoczoną bandę. Pytający wzrok padł na towarzysza, który teraz nimi dowodził.
-Na mnie nie patrzcie, ja wiem tyle co wy.
Krasnoludy spojrzały po sobie i i z uśmiechem zwróciły się do wodza tymczasowego
-Dawaj ten bimber bracie
***
-Dlaczego teraz? Czemu on? Czyżby chodziło o to by mnie ściągnąć do Zamku Elfów. Nawet jeśli dostanę się tam niezauważona, to mogę nie wyjść. Ale może ojciec naprawdę umiera, lustro by mnie nie okłamało. Czemu po chwilach szczęścia następuje smutek. Ledwo wczoraj jeszcze oglądałam szczęście towarzysza, który wrócił do domu, radość na twarzy jego żony. Gdy podziękowała poczułam się wspaniale, wiedząc, że to dzięki mnie są szczęśliwi. A po powrocie w lustrze zobaczyłam, że mój ojciec umiera.
Łzy ciekły dziewczynie po policzkach, poganiała konia mimo iż wiedziała, że szybciej biec nie będzie. Nie zbliżała się do miast, jedynie jechała przez łąki i lasy, cały czas na wschód. Bez żadnych postojów...
Słońce dopiero co zaszło, ale wiedziała, że jest na miejscu. Białe wieże zamku błyszczały jak gwiazdy. Zamek Elfów, dużo minęło od kiedy uciekła, będzie z 700 lat, ale dla elfów to jak nic.
Zostawiła konia na skraju lasu. Przeskoczyła mur, gdy strażnik wszedł do wieży strażniczej, przebiegła przez dziedziniec i wpadła do ogrodu, jedynie została wspinaczka, ale kilka sekund i była na miejscu. Na środku wielkiej stało wielkie łoże, a w nim starszy i zmęczony człowiek, z siwymi włosami i spiczastymi uszami, ciężko oddychał. Dziewczyna nie powstrzymała się.
-Tatusiu!
Rzuciła się ze łzami na kolana przy łożu ojca.
-Kochanie?! To ty córuś?!
-Tak tatko
-Czyli już umarłem, nawet nie bolało
Spróbował się zaśmiać
-Nie umarłeś, przybyłam do zamku najszybciej jak się dało
-Ale ty uciekłaś
-Tak, ale wróciłam.
-Dziękuje, ale dużo mi już nie zostało, lada moment odpłynę na drugi brzeg Kari i to ty zasiądziesz na tronie.
-Ale ja nie mogę! Ja nie chce! Nie mogę zostać królową
-Kochanie urodziłaś się z królewską krwią, jesteś jedynym dziedzicem, to twój los.
Do sali nagle wpadł blond włosy elf w zbroi
-Panie mamy intru...
W tym samym momencie zauważył postać przy łóżku i zatrzymał się w bezruchu.
-No jak zwykle ty wiesz, kiedy wpaść niepotrzebnie i przerwać rozmowę ojca i córki
Dziewczyna mówiąc to przewróciła oczami.
-A... A... Amika?!
-Nie płatny morderca umierających ludzi. Jasne, że ja! A teraz bądź tak łaskaw i wyjdź stąd jak byś w ogóle nie wszedł, i pamiętaj mnie tu nie ma!
-Oj ekh... Nie kłóćcie się gołąbki, a ty skarbie, trochę grzeczniej do swego rycerza, jak na księżniczkę przystało
-Ahahaha. On jest dla mnie nikim. A jestem tu tylko ze względu na ciebie, a nie by dzierżyć berło.
Spojrzała krzywo na Eriella. Patrzyła by tak chyba wieczność myśląc, że wzrokiem można zabić. Z transu wyrwał ją duszący kaszel ojca i dziwne dźwięki za drzwiami.
-Żegnaj ojcze!
Po policzkach znów popłynęły łzy, wybiegła z sali i skoczyła z balkonu nim zauważyli. Jeszcze tylko usłyszała zapłakany głos matki.
W sypialni króla zapanowała cisza, władca elfów już ledwo się poruszał, jednak ostatkiem sił uniósł rękę i jednym zgrabnym ruchem przywołał Eriella do siebie. Dostał on ostatni rozkaz od króla.
-Nie pozwól jej pozostać samej...
I w tym momencie wszystkie świece na zamku zgasły
-Żegnaj...
Amika wiedziała, jej ojciec odszedł. Pobiegła z powrotem do murów. Jednak minione wydarzenia wytrąciły ją z równowagi, została przyuważona przez strażników. Krzyki o intruzie na zamku rozeszły się szybko. Strzały latały wokół dziewczyny, jednak żadna nie dała rady jej trafić. Wskoczyła zwinnie na mur, obezwładniła strażnika, który próbował zajść ją od tyłu. Zeskoczyła i pobiegła w stronę lasu. Jednym ruchem wsiadła na konia i ruszyła przed siebie, jeszcze chwilę słyszała strzały i krzyki. Wszystko ucichło.
piątek, 12 lutego 2010
Rozdział II - Wilkołaki
W lesie zapadła cisza, ostatnie czerwone promienie słońca już znikały.
-Moi drodzy chłopcy, jesteście tymi, których wygnano lub sami uciekli, zrobiłam z was bandę najniebezpieczniejszą jaka chodziła po ziemi. Jesteście jedną wielką mieszanką ras: ludzie, krasnoludy, magowie i centaury. Ale żyjemy z tego, że pomagamy innym. Teraz mamy niebezpieczną misję, więc nikogo nie zmuszam do udziału w niej, a chodzi o gromadę wilkołaków, z tego co wiem to młodych, atakują miasto dla zabawy nie dla pożywienia. Musimy je załatwić. A więc kto idzie ze mną?
Wszyscy zaczęli szeptać między sobą.
-Jak co jestem w namiocie, każdy kto się zdecyduje niech przyjdzie. Reszta niech zabezpieczy obozowisko i posprząta bo mi się szczerze nie chce
Amika poszła do namiotu, ściągnęła płaszcz i stanęła przed lustrem, na dworze było dać się słyszeć liczne rozmowy i wielki rozgardiasz.
-Co ja takiego robię, że oni się tak mnie słuchają?
Popatrzyła na swoje odbicie, delikatna skóra w błyszczącej zbroi na kształt sukienki, z naramiennikami. Czerwone włosy do pasa upięte teraz w dwa kucyki. Stała przed odbiciem drobnej siedemnastolatki, która stała na czele bandy przestępców.
Do namiotu wpakowały się trzy krasnoludy
-Pani, my chcemy iść
-Tak i w papusię im
-Jak jebko na mus
-Jabłko debilu
-No dobra, to mam trzy krasnoludy, idźcie się przygotować o świcie ruszamy na polowanko, wyśpijcie się i przygotujcie najlepszą broń jaką mamy.
Krasnoludy pokornie się pokłoniły i wybiegły. Amika usiadła, z za pasa wyciągnęła drobne lusterko w srebrnej ramce.
-Czy to Lustro Pixie?
Nawet nie dało się słyszeć gdy do namiotu wszedł Askavar, z ciekawością zaglądał przez ramię.
-Tak pokazuje wszystko co się dzieje w danej chwili, coś czuje że chciał byś coś zobaczyć?
Amika spojrzała na towarzysza, w jego oczach ujrzała nadzieje.
-Wiesz pani jak uciekłem z domu, zostawiłem moich rodziców bez żadnej wiadomości, teraz tego żałuje, a oni zapewne za mną tęsknią, ale boje się wrócić.
Dziewczyna podała mu lusterko, w którym widać było starszą parę siedząca przy starym powycieranym stole, akurat jedli kolacje, na ich twarzach rysował się smutek.
-Wróć do nich, nie musisz cały czas być z nami, a oni tęsknią. im dłużej cię przy nich nie ma tym większy zadajesz ból sobie i im.
-Jeśli tak mówisz Pani, to wrócę, ale po wyprawie na wilkołaki, a wracając do nich chyba cała banda pójdzie bo nikt nie ma ochoty tu sprzątać
-Jasny gwint czyli ja będę musiała tu ogarnąć. No co nie zostawimy tu przecież takiego syfu.
Askvar się zaśmiał, do namiotu wpakowała się cała banda i jednogłośnie stwierdziła że wszyscy idą. A więc czas zaplanować atak.
-Dzięki Lustrze Pixie wiemy gdzie znajduje się kryjówka wilkołaków, żeby ograniczyć szkody w ludziach, magowie stworzą golemy, zrobimy z nich mięso armatnie. My pójdziemy w drugiej linii, a łucznicy będą nas osłaniać. I pamiętajcie by podejść do magów z bronią by oni zmienili metal w srebro, bo tylko tak możemy pokonać te kundle. Jeśli wszystko jasne to do namiotów spać. Rano wyruszamy.
Wszyscy się rozeszli. Dziewczyna mogła w końcu się położyć, musi się wyspać jutro czeka nas ciężki dzień. Wilkołaki to nie byle kto.
Rano z pierwszymi promieniami przed namiotem dowódcy ustawił się rząd gotowych do walki istot. teraz tylko czekali na przywódcę. Amika wyskoczyła z namiotu radosna i szczęśliwa
-Jak się czujemy misiaczki przed obławą, dziś nasz wielki dzień i ostatnie chwile z Krebsem, a z tej że okazji mam dla niego prezent pożegnalny
Weszła do namiotu, wszyscy spojrzeli po sobie nie wiedząc o co chodzi, Amika wyszła po chwili niosąc w garści lniany woreczek i pudełko. Podeszła do Krebsa
-Proszę tu są pieniądze, które zapewnią byt tobie i twojej rodzinie, a tu mały prezent. Upiekłam trochę ciastek, tak na pożegnanie.
Krebs ze łzami spojrzał na twarz dziewczyny, nie potrafił wyrazić swojej wdzięczności, zrobiła dla niego tak wiele choć nie musiała.
-Dobra ciapcioki ruszamy bo nam psiaki ze starości zdechną
Gdy doszli do jaskini magowie stworzyli dwadzieścia golemów, które otoczyły wlot jamy. Na drzewach usadowili się łucznicy celując do środka jamy, a pod nimi ustawiła się reszta.
-Niech trzy golemy wejdą do jamy i wyciągną naszą zwierzynkę
Jak rzekła przywódczyni tak też się stało do jamy weszły trzy golemy, mały huk i z jamy wybiegło dwadzieścia wilkołaków wprost pod nogi reszty glinianych wytworów, łucznicy naprężyli łuki
-Czekajcie, aż wyjdą wszystkie razem z golemami.
Wilki miotały się próbując uciec, atakowały ale kończyło się tylko z gliną w zębach. Nastąpił jeszcze jeden huk i z jamy wybiegły kolejne wilkołaki a za nimi golemy.
-Zablokować jamę!
Trzy golemy w jednej chwili zmieniły się we właz zamykający jamę.
-Strzelać!
W powietrzu dało się słyszeć łopot strzał i wycie wilków
-Na miejsca! Atak!
Rozjuszona banda rzuciła się na wilki, doszło do krwawych starć, w powietrzu unosił się mdły zapach krwi. W słonecznym świetle błyskały promienie odbite od srebrnej broni. Jednak Amike zastanawiało jedno. Ktoś musiał stworzyć taką bandę wilków, i nie byle kto... Dziewczyna usłyszała za sobą groźne warczenie. Z dzikim uśmiechem odwróciła się.
-I kogo tu mamy, więc to ty tak walisz kundlem.
W tym samym momencie wielki wilk rzucił się na dziewczynę, ta jednak zrobiła unik, sprawiając że łeb bestii zatrzymał się na wielkim dębie.
-Za wolno
Wyciągnęła z za pasa dwa ostrza wyglądające jak małe trójzęby, jednym machnięciem zadrasnęła potwora i odruchowo odskoczyła w tył. Na jej twarzy zawitał szalony uśmiech.
-To teraz sobie potańczymy misiu
Walka Amiki z wilkołakiem, wyglądała jak taniec wiatru z liśćmi, dziewczyna skakała wokół bestii, co jakiś czas zadając cios. Reszta bandy już dawno skończyła teraz tylko patrzyli w kierunku dowódczyni, po chwili zatrzymała się z uśmiechem mrugnęła w stronę towarzyszy, a bestia padła trupem pod jej nogi.
-Chłopcy teraz was nie uciesze, ale to wszystko musimy sprowadzić pod bramy miasta...
-Zrobimy wóz, podczepi się go do nas i tak zawieziemy
Zaproponował centaur
-No dobra to bierzemy się do roboty
Dało się słyszeć jęki niechęci, ale wszyscy ruszyli do roboty
***
-Panie burmistrzu, musi to pan zobaczyć! Szybko do bramy.
Burmistrz stanął przed bramą jak wryty, tuz przed murami leżały trupy pięćdziesięciu wilkołaków, a na szczycie siedział mały ludzik, który podszedł do burmistrza
-Witaj burmistrzu słyszałem, że mogę wrócić
-Tak. Zostałeś oczyszczony z zarzutów, ale jak tego dokonaliście...
-Cuda burmistrzu, cuda.
***
Tego dnia w jednym z domów, dało się słyszeć płacz szczęścia. Rodzina nie mogła się nacieszyć, że znowu są razem. I teraz nic nie jest im straszne. Ojciec podszedł do okna, popatrzył na księżyc.
-Dziękuje ci Amiko
Nagle zauważył na dachu ruch, uśmiechnął się w duszy sam do siebie
-Co tam zobaczyłeś kochanie
-Nic, dziękowałem tylko za to, że jesteśmy znowu razem
-Dziękuje
Rzekła kobieta po czym razem odeszli do dzieci
-Proszę bardzo
Odpowiedziała postać na dachu, na przeciwko. Po czym jednym susem zeskoczyła i znikła.
-Moi drodzy chłopcy, jesteście tymi, których wygnano lub sami uciekli, zrobiłam z was bandę najniebezpieczniejszą jaka chodziła po ziemi. Jesteście jedną wielką mieszanką ras: ludzie, krasnoludy, magowie i centaury. Ale żyjemy z tego, że pomagamy innym. Teraz mamy niebezpieczną misję, więc nikogo nie zmuszam do udziału w niej, a chodzi o gromadę wilkołaków, z tego co wiem to młodych, atakują miasto dla zabawy nie dla pożywienia. Musimy je załatwić. A więc kto idzie ze mną?
Wszyscy zaczęli szeptać między sobą.
-Jak co jestem w namiocie, każdy kto się zdecyduje niech przyjdzie. Reszta niech zabezpieczy obozowisko i posprząta bo mi się szczerze nie chce
Amika poszła do namiotu, ściągnęła płaszcz i stanęła przed lustrem, na dworze było dać się słyszeć liczne rozmowy i wielki rozgardiasz.
-Co ja takiego robię, że oni się tak mnie słuchają?
Popatrzyła na swoje odbicie, delikatna skóra w błyszczącej zbroi na kształt sukienki, z naramiennikami. Czerwone włosy do pasa upięte teraz w dwa kucyki. Stała przed odbiciem drobnej siedemnastolatki, która stała na czele bandy przestępców.
Do namiotu wpakowały się trzy krasnoludy
-Pani, my chcemy iść
-Tak i w papusię im
-Jak jebko na mus
-Jabłko debilu
-No dobra, to mam trzy krasnoludy, idźcie się przygotować o świcie ruszamy na polowanko, wyśpijcie się i przygotujcie najlepszą broń jaką mamy.
Krasnoludy pokornie się pokłoniły i wybiegły. Amika usiadła, z za pasa wyciągnęła drobne lusterko w srebrnej ramce.
-Czy to Lustro Pixie?
Nawet nie dało się słyszeć gdy do namiotu wszedł Askavar, z ciekawością zaglądał przez ramię.
-Tak pokazuje wszystko co się dzieje w danej chwili, coś czuje że chciał byś coś zobaczyć?
Amika spojrzała na towarzysza, w jego oczach ujrzała nadzieje.
-Wiesz pani jak uciekłem z domu, zostawiłem moich rodziców bez żadnej wiadomości, teraz tego żałuje, a oni zapewne za mną tęsknią, ale boje się wrócić.
Dziewczyna podała mu lusterko, w którym widać było starszą parę siedząca przy starym powycieranym stole, akurat jedli kolacje, na ich twarzach rysował się smutek.
-Wróć do nich, nie musisz cały czas być z nami, a oni tęsknią. im dłużej cię przy nich nie ma tym większy zadajesz ból sobie i im.
-Jeśli tak mówisz Pani, to wrócę, ale po wyprawie na wilkołaki, a wracając do nich chyba cała banda pójdzie bo nikt nie ma ochoty tu sprzątać
-Jasny gwint czyli ja będę musiała tu ogarnąć. No co nie zostawimy tu przecież takiego syfu.
Askvar się zaśmiał, do namiotu wpakowała się cała banda i jednogłośnie stwierdziła że wszyscy idą. A więc czas zaplanować atak.
-Dzięki Lustrze Pixie wiemy gdzie znajduje się kryjówka wilkołaków, żeby ograniczyć szkody w ludziach, magowie stworzą golemy, zrobimy z nich mięso armatnie. My pójdziemy w drugiej linii, a łucznicy będą nas osłaniać. I pamiętajcie by podejść do magów z bronią by oni zmienili metal w srebro, bo tylko tak możemy pokonać te kundle. Jeśli wszystko jasne to do namiotów spać. Rano wyruszamy.
Wszyscy się rozeszli. Dziewczyna mogła w końcu się położyć, musi się wyspać jutro czeka nas ciężki dzień. Wilkołaki to nie byle kto.
Rano z pierwszymi promieniami przed namiotem dowódcy ustawił się rząd gotowych do walki istot. teraz tylko czekali na przywódcę. Amika wyskoczyła z namiotu radosna i szczęśliwa
-Jak się czujemy misiaczki przed obławą, dziś nasz wielki dzień i ostatnie chwile z Krebsem, a z tej że okazji mam dla niego prezent pożegnalny
Weszła do namiotu, wszyscy spojrzeli po sobie nie wiedząc o co chodzi, Amika wyszła po chwili niosąc w garści lniany woreczek i pudełko. Podeszła do Krebsa
-Proszę tu są pieniądze, które zapewnią byt tobie i twojej rodzinie, a tu mały prezent. Upiekłam trochę ciastek, tak na pożegnanie.
Krebs ze łzami spojrzał na twarz dziewczyny, nie potrafił wyrazić swojej wdzięczności, zrobiła dla niego tak wiele choć nie musiała.
-Dobra ciapcioki ruszamy bo nam psiaki ze starości zdechną
Gdy doszli do jaskini magowie stworzyli dwadzieścia golemów, które otoczyły wlot jamy. Na drzewach usadowili się łucznicy celując do środka jamy, a pod nimi ustawiła się reszta.
-Niech trzy golemy wejdą do jamy i wyciągną naszą zwierzynkę
Jak rzekła przywódczyni tak też się stało do jamy weszły trzy golemy, mały huk i z jamy wybiegło dwadzieścia wilkołaków wprost pod nogi reszty glinianych wytworów, łucznicy naprężyli łuki
-Czekajcie, aż wyjdą wszystkie razem z golemami.
Wilki miotały się próbując uciec, atakowały ale kończyło się tylko z gliną w zębach. Nastąpił jeszcze jeden huk i z jamy wybiegły kolejne wilkołaki a za nimi golemy.
-Zablokować jamę!
Trzy golemy w jednej chwili zmieniły się we właz zamykający jamę.
-Strzelać!
W powietrzu dało się słyszeć łopot strzał i wycie wilków
-Na miejsca! Atak!
Rozjuszona banda rzuciła się na wilki, doszło do krwawych starć, w powietrzu unosił się mdły zapach krwi. W słonecznym świetle błyskały promienie odbite od srebrnej broni. Jednak Amike zastanawiało jedno. Ktoś musiał stworzyć taką bandę wilków, i nie byle kto... Dziewczyna usłyszała za sobą groźne warczenie. Z dzikim uśmiechem odwróciła się.
-I kogo tu mamy, więc to ty tak walisz kundlem.
W tym samym momencie wielki wilk rzucił się na dziewczynę, ta jednak zrobiła unik, sprawiając że łeb bestii zatrzymał się na wielkim dębie.
-Za wolno
Wyciągnęła z za pasa dwa ostrza wyglądające jak małe trójzęby, jednym machnięciem zadrasnęła potwora i odruchowo odskoczyła w tył. Na jej twarzy zawitał szalony uśmiech.
-To teraz sobie potańczymy misiu
Walka Amiki z wilkołakiem, wyglądała jak taniec wiatru z liśćmi, dziewczyna skakała wokół bestii, co jakiś czas zadając cios. Reszta bandy już dawno skończyła teraz tylko patrzyli w kierunku dowódczyni, po chwili zatrzymała się z uśmiechem mrugnęła w stronę towarzyszy, a bestia padła trupem pod jej nogi.
-Chłopcy teraz was nie uciesze, ale to wszystko musimy sprowadzić pod bramy miasta...
-Zrobimy wóz, podczepi się go do nas i tak zawieziemy
Zaproponował centaur
-No dobra to bierzemy się do roboty
Dało się słyszeć jęki niechęci, ale wszyscy ruszyli do roboty
***
-Panie burmistrzu, musi to pan zobaczyć! Szybko do bramy.
Burmistrz stanął przed bramą jak wryty, tuz przed murami leżały trupy pięćdziesięciu wilkołaków, a na szczycie siedział mały ludzik, który podszedł do burmistrza
-Witaj burmistrzu słyszałem, że mogę wrócić
-Tak. Zostałeś oczyszczony z zarzutów, ale jak tego dokonaliście...
-Cuda burmistrzu, cuda.
***
Tego dnia w jednym z domów, dało się słyszeć płacz szczęścia. Rodzina nie mogła się nacieszyć, że znowu są razem. I teraz nic nie jest im straszne. Ojciec podszedł do okna, popatrzył na księżyc.
-Dziękuje ci Amiko
Nagle zauważył na dachu ruch, uśmiechnął się w duszy sam do siebie
-Co tam zobaczyłeś kochanie
-Nic, dziękowałem tylko za to, że jesteśmy znowu razem
-Dziękuje
Rzekła kobieta po czym razem odeszli do dzieci
-Proszę bardzo
Odpowiedziała postać na dachu, na przeciwko. Po czym jednym susem zeskoczyła i znikła.
Rozdział I - Układ
Nastał ranek. Przez korony drzew przebijały się ciepłe promienie słońca, banda wyrzutków budziła się do życia.
-Askavar!
Dopiero teraz grupa zauważyła stojącą pod drzewem, zakapturzoną postać. Z przerażeniem w oczach, wszyscy się zerwali i zaczęli udawać że robią coś ważnego. Chudy mężczyzna, na oko 20 letni podszedł do postaci i uklęknął przed nią.
-Jak tam nasza "wesoła gromadka", mam nadzieje, że wczoraj zbytnio nie zabalowaliście pod moją nieobecność i dziś się jeszcze do czegoś nadajecie
-Pani, jakie są twoje rozkazy na dziś?
-No cóż, który z was pochodzi z Doliny Morok?
-Jak się nie mylę to Krebs
-Poproś go tutaj.
Askavar podszedł do drobnego człowieczka. Chwilę coś rozmawiali po czym razem wrócili
-Ty jesteś Krebs z Doliny Morok? Za co cię wygnali?
-Ja pani zostałem wygnany za rabunki i morderstwo
-Hmmmm... Ciekawe opowiedz szerzej. Dlaczego to zrobiłeś?
-No cóż, w Morok mieszka moja żona i trójka dzieci, nie wiodło się nam zbyt dobrze. Kradłem by jakoś utrzymać nas przy życiu, a moja żona dorabiała jako służba. Gdy się dowiedziałem, że ten bogaty gbur Dagor robi jej krzywdę wiedziałem, że nie mogę tego tak zostawić poszedłem i go zabiłem by ochronić ukochaną
-A co powiesz drogi misiaczku, jak ci powiem,ze jest możliwość byś wrócił do żonki i dzieciaczków, oraz został oczyszczony z zarzutów
-Przecież to nie możliwe. Jak ty chcesz tego dokonać.
Postać ściągnęła kaptur stając w miejscu gdzie padały promienie słońca, które w tym momencie oświetliły delikatną twarz o morelowym odcieniu, na którą spływały krwistoczerwone kosmyki włosów. Z dziką radością opętanego dziecka popatrzyła na sługę
-Mamy misję!
Jej dziki śmiech rozniósł się po całym lesie, nawet ludzie pracujący na polach za lasem dali radę go usłyszeć
***
-Panie co my teraz zrobimy, na wilkołaki nie ma rady. Możemy chyba tylko czekać, aż zabiją nas wszystkich
-Jak burmistrz mam za cel chronić ludność, więc musimy znaleźć jakiś sposób, albo...
-Albo bandę, która pokona te rozhisteryzowane kundle
dokończyła zdanie postać, która przed sekundą wskoczyła do pomieszczenia przez okno. Przerażony burmistrz wraz z doradcą, odruchowo odsunęli się pod ścianę
-Czego chcesz, pieniędzy nie mamy, miasto spływa biedą. Ja nie postępowałem źle więc, kim jesteś i po co?
Postać ukryta pod kapturem płaszcza cmoknęła
-Zawsze te same pytania: kim jesteś i po co? Nie powiem wam kim jestem, bo to by wam nie pomogło, ale powiem wam po co. No cóż wy możecie pomóc mojemu przyjacielowi, a ja mogę pomóc wam. Załatwię te kundle pod warunkiem, że zapomnimy o sprawie kradzieży i morderstwa człowieka o imieniu Krebs.
-Ale to morderca...
-A! A! A!
Postać jednym susem znalazła się przed burmistrzem i palcem zakryła mu usta
-Znacie okoliczności sprawy? Nie! Więc umówmy się ja załatwiam waszą sprawę, a wy moją. A jeśli się dowiem, że coś jest nie tak. Oczekujcie mojej wizyty, będzie ona waszą ostatnią. Więc jak umowa stoi?
Burmistrz spojrzał na doradcę, z ich oczu wyczytać było można tylko jedno: "Nie mamy wyjścia"
-Zgadzamy się, ale jaką mamy pewność.
-Przekonacie się
Postać tak jak się pojawiła tak znikła
-No to mamy problem z głowy. Chyba...
-Panie a co z tym zbrodniarzem Krebsem?
-No jak to co, spalamy jego akta i zapominamy o przewinieniach
-Ale...
-Żadne "ale", dzięki temu uratujemy miasto
W oddali dało się słyszeć wycie wilka.
-Askavar!
Dopiero teraz grupa zauważyła stojącą pod drzewem, zakapturzoną postać. Z przerażeniem w oczach, wszyscy się zerwali i zaczęli udawać że robią coś ważnego. Chudy mężczyzna, na oko 20 letni podszedł do postaci i uklęknął przed nią.
-Jak tam nasza "wesoła gromadka", mam nadzieje, że wczoraj zbytnio nie zabalowaliście pod moją nieobecność i dziś się jeszcze do czegoś nadajecie
-Pani, jakie są twoje rozkazy na dziś?
-No cóż, który z was pochodzi z Doliny Morok?
-Jak się nie mylę to Krebs
-Poproś go tutaj.
Askavar podszedł do drobnego człowieczka. Chwilę coś rozmawiali po czym razem wrócili
-Ty jesteś Krebs z Doliny Morok? Za co cię wygnali?
-Ja pani zostałem wygnany za rabunki i morderstwo
-Hmmmm... Ciekawe opowiedz szerzej. Dlaczego to zrobiłeś?
-No cóż, w Morok mieszka moja żona i trójka dzieci, nie wiodło się nam zbyt dobrze. Kradłem by jakoś utrzymać nas przy życiu, a moja żona dorabiała jako służba. Gdy się dowiedziałem, że ten bogaty gbur Dagor robi jej krzywdę wiedziałem, że nie mogę tego tak zostawić poszedłem i go zabiłem by ochronić ukochaną
-A co powiesz drogi misiaczku, jak ci powiem,ze jest możliwość byś wrócił do żonki i dzieciaczków, oraz został oczyszczony z zarzutów
-Przecież to nie możliwe. Jak ty chcesz tego dokonać.
Postać ściągnęła kaptur stając w miejscu gdzie padały promienie słońca, które w tym momencie oświetliły delikatną twarz o morelowym odcieniu, na którą spływały krwistoczerwone kosmyki włosów. Z dziką radością opętanego dziecka popatrzyła na sługę
-Mamy misję!
Jej dziki śmiech rozniósł się po całym lesie, nawet ludzie pracujący na polach za lasem dali radę go usłyszeć
***
-Panie co my teraz zrobimy, na wilkołaki nie ma rady. Możemy chyba tylko czekać, aż zabiją nas wszystkich
-Jak burmistrz mam za cel chronić ludność, więc musimy znaleźć jakiś sposób, albo...
-Albo bandę, która pokona te rozhisteryzowane kundle
dokończyła zdanie postać, która przed sekundą wskoczyła do pomieszczenia przez okno. Przerażony burmistrz wraz z doradcą, odruchowo odsunęli się pod ścianę
-Czego chcesz, pieniędzy nie mamy, miasto spływa biedą. Ja nie postępowałem źle więc, kim jesteś i po co?
Postać ukryta pod kapturem płaszcza cmoknęła
-Zawsze te same pytania: kim jesteś i po co? Nie powiem wam kim jestem, bo to by wam nie pomogło, ale powiem wam po co. No cóż wy możecie pomóc mojemu przyjacielowi, a ja mogę pomóc wam. Załatwię te kundle pod warunkiem, że zapomnimy o sprawie kradzieży i morderstwa człowieka o imieniu Krebs.
-Ale to morderca...
-A! A! A!
Postać jednym susem znalazła się przed burmistrzem i palcem zakryła mu usta
-Znacie okoliczności sprawy? Nie! Więc umówmy się ja załatwiam waszą sprawę, a wy moją. A jeśli się dowiem, że coś jest nie tak. Oczekujcie mojej wizyty, będzie ona waszą ostatnią. Więc jak umowa stoi?
Burmistrz spojrzał na doradcę, z ich oczu wyczytać było można tylko jedno: "Nie mamy wyjścia"
-Zgadzamy się, ale jaką mamy pewność.
-Przekonacie się
Postać tak jak się pojawiła tak znikła
-No to mamy problem z głowy. Chyba...
-Panie a co z tym zbrodniarzem Krebsem?
-No jak to co, spalamy jego akta i zapominamy o przewinieniach
-Ale...
-Żadne "ale", dzięki temu uratujemy miasto
W oddali dało się słyszeć wycie wilka.
czwartek, 11 lutego 2010
Prolog
W lesie nastała cisza, którą systematycznie rozdzierał huk uderzenia o ziemie czegoś ogromnego w połączeniu z odgłosem łamanych drzew. Zza krzaków wyskoczyła mała czerwonowłosa na oko dziesięcioletnia elfka. Z krzykiem biegła przed siebie, a tuż za nią wyskoczył olbrzym, próbował zgładzić dziewczynkę za wszelką cenę i otóż nadarzyła się ku temu sposobność, mała upadła potykając się o wystający korzeń. Olbrzym zamachnął się ręką by zmiażdżyć czerwonowłosą, gdy nagle jak piorun z naprzeciwka poleciała strzała i trafiła potwora prosto w oko. Ten odruchowo złapał się za nie zapominając o swej ofierze wtem poleciała druga strzała w jego drugie oko. w tej samej chwili obok dziewczynki pojawił się podobny do niej chłopak, na oko w tym samym wieku, tylko że on miał krótkie blond włosy, złapał ją za rękę i ruszyli biegiem dalej.
-Chwilowo go oślepiłem, więc mamy szanse uciec. Biegnij i przestań ryczeć!
Na ich drodze pojawiła się grota, w której ukryty był koń, wskoczyli na niego i pogalopowali przez las zostawiając w oddali potwora.
-Amika, jak zwykle pakujesz się w kłopoty
-Ale i tak mnie uratowałeś- odparła naburmuszona
-Bo jesteś księżniczką, a ja urodziłem się by cię chronić, więc nie mam wyboru
-Oj wielkie mi coś, ale mnie uratowałeś... Mój bohaterze
Zapadła cisza, a gdy dojechali do zamku elfów, nic nikomu nie powiedzieli.
Wieczorem wymknęli się po cichu do ogrodu, do Jeziora Nadziei
-Wiesz Eriel, jezioro to podobno spełnia marzenia i sprawia, że obietnice zostają dotrzymane
-Tak?! To w takim razie obiecaj mi,że więcej nie wpakujesz się w żadne kłopoty i będziesz zachowywała się jak na księżniczkę przystało
-Oj nie gniewaj się to był tylko taki tyci wypadek
-Już piąty w tym tygodniu! Przypadek?!
Nastąpiła chwilowa cisza.
-Zawiodłam cię nie jako tego co mnie chroni, ale jako przyjaciela. Przepraszam. Ale ja chciałam się spotkać tu z innego powodu
-A mianowicie? Może chcesz się tu utopić, a ja mam cię uratować?
-No przestań! Nie o to chodzi. Chcę byś mi obiecał, że mnie nigdy nie opuścisz, zawsze będziesz przy mnie
-No cóż i tak już muszę, więc co za różnica?
-Obiecaj, że zostaniesz na zawsze jako przyjaciel, a nie jako ochroniarz
Chłopak ukląkł i wziął w ręce dłonie dziewczyny obiecał nigdy jej nie opuścić.
-Chwilowo go oślepiłem, więc mamy szanse uciec. Biegnij i przestań ryczeć!
Na ich drodze pojawiła się grota, w której ukryty był koń, wskoczyli na niego i pogalopowali przez las zostawiając w oddali potwora.
-Amika, jak zwykle pakujesz się w kłopoty
-Ale i tak mnie uratowałeś- odparła naburmuszona
-Bo jesteś księżniczką, a ja urodziłem się by cię chronić, więc nie mam wyboru
-Oj wielkie mi coś, ale mnie uratowałeś... Mój bohaterze
Zapadła cisza, a gdy dojechali do zamku elfów, nic nikomu nie powiedzieli.
Wieczorem wymknęli się po cichu do ogrodu, do Jeziora Nadziei
-Wiesz Eriel, jezioro to podobno spełnia marzenia i sprawia, że obietnice zostają dotrzymane
-Tak?! To w takim razie obiecaj mi,że więcej nie wpakujesz się w żadne kłopoty i będziesz zachowywała się jak na księżniczkę przystało
-Oj nie gniewaj się to był tylko taki tyci wypadek
-Już piąty w tym tygodniu! Przypadek?!
Nastąpiła chwilowa cisza.
-Zawiodłam cię nie jako tego co mnie chroni, ale jako przyjaciela. Przepraszam. Ale ja chciałam się spotkać tu z innego powodu
-A mianowicie? Może chcesz się tu utopić, a ja mam cię uratować?
-No przestań! Nie o to chodzi. Chcę byś mi obiecał, że mnie nigdy nie opuścisz, zawsze będziesz przy mnie
-No cóż i tak już muszę, więc co za różnica?
-Obiecaj, że zostaniesz na zawsze jako przyjaciel, a nie jako ochroniarz
Chłopak ukląkł i wziął w ręce dłonie dziewczyny obiecał nigdy jej nie opuścić.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)