-Askavar!
Z namiotu po środku obozu unosiły się co chwila jakieś huki. Drobna postać zwinnie weszła do siedziby dowódczyni, którą każdy dziś omijał z daleka. Wewnątrz wszystko było poprzewracane i wyrzucone na środek.
-Pani. Wzywałaś?
-Tak! Dziś to ty się zajmiesz naszymi misiaczkami, ja będę musiała coś załatwić i może mnie trochę nie być. Na czas mojej nieobecności to ty tu rządzisz.
-Dokąd się wybierasz? Nie możemy iść z tobą?
-Wy musicie zostać, to tylko taka moja drobna sprawa. Dobra spakowałam się, posprzątałam to czas oznajmić zmianę władzy
Razem wyszli z namiotu. Oczy całej bandy padły na postać dziewczyny.
-Miśki! Opuszczam was na trochu, ale nie zostawiam bez nadzoru, Askavar bierze nad wami piecze na czas mojej nieobecności. Bawcie się dobrze, i jak coś to zostawiam wam trochę alkoholu, wasz nowy szef wie gdzie. I nie rozrabiajcie zbytnio.
Założyła torbę na ramię i podbiegła do swojego konia, jednym susem wskoczyła w siodło i ruszyła zaskoczoną bandę. Pytający wzrok padł na towarzysza, który teraz nimi dowodził.
-Na mnie nie patrzcie, ja wiem tyle co wy.
Krasnoludy spojrzały po sobie i i z uśmiechem zwróciły się do wodza tymczasowego
-Dawaj ten bimber bracie
***
-Dlaczego teraz? Czemu on? Czyżby chodziło o to by mnie ściągnąć do Zamku Elfów. Nawet jeśli dostanę się tam niezauważona, to mogę nie wyjść. Ale może ojciec naprawdę umiera, lustro by mnie nie okłamało. Czemu po chwilach szczęścia następuje smutek. Ledwo wczoraj jeszcze oglądałam szczęście towarzysza, który wrócił do domu, radość na twarzy jego żony. Gdy podziękowała poczułam się wspaniale, wiedząc, że to dzięki mnie są szczęśliwi. A po powrocie w lustrze zobaczyłam, że mój ojciec umiera.
Łzy ciekły dziewczynie po policzkach, poganiała konia mimo iż wiedziała, że szybciej biec nie będzie. Nie zbliżała się do miast, jedynie jechała przez łąki i lasy, cały czas na wschód. Bez żadnych postojów...
Słońce dopiero co zaszło, ale wiedziała, że jest na miejscu. Białe wieże zamku błyszczały jak gwiazdy. Zamek Elfów, dużo minęło od kiedy uciekła, będzie z 700 lat, ale dla elfów to jak nic.
Zostawiła konia na skraju lasu. Przeskoczyła mur, gdy strażnik wszedł do wieży strażniczej, przebiegła przez dziedziniec i wpadła do ogrodu, jedynie została wspinaczka, ale kilka sekund i była na miejscu. Na środku wielkiej stało wielkie łoże, a w nim starszy i zmęczony człowiek, z siwymi włosami i spiczastymi uszami, ciężko oddychał. Dziewczyna nie powstrzymała się.
-Tatusiu!
Rzuciła się ze łzami na kolana przy łożu ojca.
-Kochanie?! To ty córuś?!
-Tak tatko
-Czyli już umarłem, nawet nie bolało
Spróbował się zaśmiać
-Nie umarłeś, przybyłam do zamku najszybciej jak się dało
-Ale ty uciekłaś
-Tak, ale wróciłam.
-Dziękuje, ale dużo mi już nie zostało, lada moment odpłynę na drugi brzeg Kari i to ty zasiądziesz na tronie.
-Ale ja nie mogę! Ja nie chce! Nie mogę zostać królową
-Kochanie urodziłaś się z królewską krwią, jesteś jedynym dziedzicem, to twój los.
Do sali nagle wpadł blond włosy elf w zbroi
-Panie mamy intru...
W tym samym momencie zauważył postać przy łóżku i zatrzymał się w bezruchu.
-No jak zwykle ty wiesz, kiedy wpaść niepotrzebnie i przerwać rozmowę ojca i córki
Dziewczyna mówiąc to przewróciła oczami.
-A... A... Amika?!
-Nie płatny morderca umierających ludzi. Jasne, że ja! A teraz bądź tak łaskaw i wyjdź stąd jak byś w ogóle nie wszedł, i pamiętaj mnie tu nie ma!
-Oj ekh... Nie kłóćcie się gołąbki, a ty skarbie, trochę grzeczniej do swego rycerza, jak na księżniczkę przystało
-Ahahaha. On jest dla mnie nikim. A jestem tu tylko ze względu na ciebie, a nie by dzierżyć berło.
Spojrzała krzywo na Eriella. Patrzyła by tak chyba wieczność myśląc, że wzrokiem można zabić. Z transu wyrwał ją duszący kaszel ojca i dziwne dźwięki za drzwiami.
-Żegnaj ojcze!
Po policzkach znów popłynęły łzy, wybiegła z sali i skoczyła z balkonu nim zauważyli. Jeszcze tylko usłyszała zapłakany głos matki.
W sypialni króla zapanowała cisza, władca elfów już ledwo się poruszał, jednak ostatkiem sił uniósł rękę i jednym zgrabnym ruchem przywołał Eriella do siebie. Dostał on ostatni rozkaz od króla.
-Nie pozwól jej pozostać samej...
I w tym momencie wszystkie świece na zamku zgasły
-Żegnaj...
Amika wiedziała, jej ojciec odszedł. Pobiegła z powrotem do murów. Jednak minione wydarzenia wytrąciły ją z równowagi, została przyuważona przez strażników. Krzyki o intruzie na zamku rozeszły się szybko. Strzały latały wokół dziewczyny, jednak żadna nie dała rady jej trafić. Wskoczyła zwinnie na mur, obezwładniła strażnika, który próbował zajść ją od tyłu. Zeskoczyła i pobiegła w stronę lasu. Jednym ruchem wsiadła na konia i ruszyła przed siebie, jeszcze chwilę słyszała strzały i krzyki. Wszystko ucichło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz